Podczas podróży służbowych po Stanach Zjednoczonych natknąłem się na zjawisko wcześniej znane mi jedynie z książek, zwane z angielskiego overbooking*. Polega ono na tym, że linie lotnicze na popularnych kierunkach sprzedają często więcej biletów niż jest siedzeń w samolocie. Np. na samolot, w którym jest 120 miejsc, sprzedaje się 125 biletów. Ktoś mógłby pomyśleć, że to scenariusz rodem z Ryanaira, ale okazuje się, że nie, jest to normalne zjawisko biznesowe, wynikające z praw popytu i podaży. Prawo zezwala na sprzedaż większej ilości miejsc niż pojemność samolotu, gdyż statystycznie pewien odsetek pasażerów nie pojawia się na czas na lotnisku. Otóż więc jeśli linia lotnicza widzi, że na lot na danym kierunku danego dnia i o danej godzinie występuje nadpopyt, to świadomie sprzedaje na ów lot dodatkowe bilety – po odpowiednio wysokiej, wynikającej z nadpopytu cenie. Dajmy na to, że ostatnich pięcioro pasażerów płaci po 1000 dolarów każdy. Przed rozpoczęciem lotu, obsługa linii lotniczej informuje pasażerów o zaistniałej sytuacji i oferuje pierwszym pięciu ochotnikom, że jeśli zgodzą się polecieć innym lotem, to nie tylko ich bilety zostaną zmienione za darmo, ale dostaną po 200 dolarów każdy.

Co się okazuje? Wyłączając sytuacje krytyczne (podróż na święta, konieczność dotarcia na miejsce o określonym czasie), zawsze znajdują się ochotnicy na inny lot. Nawet, jeśli nie zgodzą się na zmianę rezerwacji za 200 dolarów, to łamią się przy 300, 400 albo 500. Linii lotniczej się to opłaca, bo więcej zarabia na nadprogramowych miejscach niż musi zapłacić ochotnikom. Tym drugim też się to opłaca, bo jeśli nie mają ograniczeń czasowych, to za cenę kilku więcej godzin spędzonych na lotnisku zyskują spore kieszonkowe.

Ciekawe jest również to, że linie lotnicze próbują sobie również kreatywnie radzić z problemem nadpodaży. Kierunki, które są mało oblegane, wykorzystuje się więc jako kierunki “przesiadkowe”, oferując je za niższą cenę tym pasażerom, którzy próbują się dostać gdzieś dalej, ale są skłonni za niższe pieniądze na przesiadkę. Linia lotnicza zwiększa w ten sposób obłożenie mniej popularnego kierunku, a pasażerowie, którzy się nie śpieszą, mogą dotrzeć na miejsce znacznie taniej. Dla przykładu: parę miesięcy temu leciałem z Filadelfii do Chicago. Lot bezpośredni (2 godziny) kosztował 500 dolarów, jednakże gdybym zgodził się na przesiadkę w Detroit (4 godziny łącznie), to zapłaciłbym jedynie 200 dolarów (za 2 loty, Filadelfia-Detroit i Detroit-Chicago). Raz proponowano mi lot z Filadelfii do Toronto przez Dallas!

* – overbooking występuje również w Europie, jednak na o wiele mniejszą skalę, niż w USA